opinie krytyków

Miał za trudne życie, żeby się nim cieszyć. Jednak znalazł coś, co mało komu jest dane – zakosztował cudu kreacji.
dr Monika Małkowska – krytyczka sztuki, wieloletnia redaktorka Rzeczpospolitej, TVP 1, TVP 2 i Polskiego Radia 24

„Jakość jego obrazów jest niewątpliwie efektem nieustającego samodoskonalenia, ale i jakiejś wyjątkowej intuicji, które pozwoliły mu na wypracowanie rozpoznawalnego języka artystycznej ekspresji i wykreowanie niepowtarzalnej poetyki
dr Dariusz Leśnikowski – dyrektor Miejskiej Galerii Sztuki w Łodzi, adiunkt w Instytucie Kultury Współczesnej Uniwersytetu Łódzkiego, krytyk sztuki

Feliks niczego nie ukrywa. W tym artystycznym tańcu z mistrzami nie stara się zasłonić swoich wielkich partnerów. Żyje i tworzy – jak powiedziałby Proust – w wieloświecie.”
prof. Andrzej Bednarczyk – Rektor Akademii Sztuk Pięknych im. Jana Matejki w Krakowie

„Nietrudno zauważyć – Felix od początku nie dążył do realistycznego odtwarzania rzeczywistości. Deformował postaci i twarze intuicyjnie, nie wedle jakiejś zasady, jak Picasso czy Szczuka (do których się odwołuje). Felix stworzył coś na kształt własnej wizji gęby. Ludzkiej gęby. Czy polskiej? Raczej wszechobecnej, ogólnoludzkiej.”
dr Monika Małkowska, krytyczka sztuki, wieloletnia redaktorka Rzeczpospolitej, TVP 1, TVP 2 i Polskiego Radia 24 

Feliks Smoliński podróżuje po obszarze sztuki z bezczelną dezynwolturą. Kreuje swój osobny świat zapełniany przez dwuznaczne, poddane malarskiej deformacji postaci. Z jednej strony pociągające, zapraszające do odwiedzenia barwnych wnętrz, nostalgicznych małomiasteczkowych zaułków i podejrzanie idyllicznych krajobrazów, z drugiej – czujemy – zdystansowane, wciągające nas w jakąś grę pełną niespodzianek, niedopowiedzeń i obaw.
dr Dariusz Leśnikowski – dyrektor Miejskiej Galerii Sztuki w Łodzi, adiunkt w Instytucie Kultury Współczesnej Uniwersytetu Łódzkiego, krytyk sztuki

Przyznaję, że i mnie sprawiło przyjemność odnajdywanie cudzych gestów kompozycyjnych
i motywicznych w dziełach Felixa i wolny od akademickich powinności smakowałem je z ukontentowaniem.”
prof. Andrzej Bednarczyk – Rektor Akademii Sztuk Pięknych im. Jana Matejki w Krakowie

„W przypadku Felixa życie i twórczość stopiły się w jedno.

Gorączka tworzenia Smolińskiego znajduje wyraz w przejawach apetytu na życie jego bohaterów, znaczących minach mężczyzn, czasem jakby wyciągniętych z półświatka, bujnych kształtach kobiet, bogactwie żywych barw, którymi przesycony jest cały otaczający ich świat.
Nic w tych obrazach nie jest oczywiste. Sytuacje bywają ledwie zasugerowane, jakby pozostające w stanie zawieszenia, znaczone atmosferą surrealnej metafizycznej niemożliwości”.
dr Dariusz Leśnikowski – dyrektor Miejskiej Galerii Sztuki w Łodzi, adiunkt w Instytucie Kultury Współczesnej Uniwersytetu Łódzkiego, krytyk sztuki

„Skarnawalizowany świat pełen wszelkiego przesytu się do nas uśmiecha, jednocześnie puszczając do nas oko. Czujemy, i nie będziemy się chyba mylić, że za tymi malarskimi prezentacjami szczęścia kryje się coś niezdrowego, nasyconego egzystencjalnym niepokojem i traumatycznymi przeżyciami. Jest ta oryginalna twórczość przykładem jakiegoś zmistyfikowanego wyparcia, głosem osoby, która nie błaga o zrozumienie. Człowieka niezależnego i wolnego.”
dr Dariusz Leśnikowski – dyrektor Miejskiej Galerii Sztuki w Łodzi, adiunkt w Instytucie Kultury Współczesnej Uniwersytetu Łódzkiego, krytyk sztuki

Feliks maluje z wyobraźni, a tę ma wybujałą, wolną od utartych ścieżek, niekiedy swawolną, szczególnie, gdy ubiera ją w całe małomiasteczkowe sytuacje i pozory konkretnych wydarzeń. Czas tych wydarzeń jest mitologiczny, co powoduje że mogły się zdarzyć równie dobrze przedwczoraj, jak i wiele wieków temu. Zdaje się, że Felix swoimi kompozycjami nie tyle ilustruje wcześniej uknute w głowie perypetie bohaterów – wtedy przecież musiałyby podążać za prawami logiki – co podąża za swawolącą wyobraźnią i realizuje jej zachcianki, z radością daje się prowadzić jej pląsom.”
prof. Andrzej Bednarczyk – Rektor Akademii Sztuk Pięknych im. Jana Matejki w Krakowie

Twórczość Felixa wymaga od widza otwartości. Mimo póz i obsesji autora, staje przed nami bezbronna, bo pozbawiona ochronnego balona konwencji.”
dr Magdaleną Ujma – krytyczka sztuki, autorka książek o sztuce, kuratorka wielu wystaw

Tańczący z mistrzami

prof. Andrzej Bednarczyk, Rektor Akademii Sztuk Pięknych im. Jana Matejki w Krakowie

Feliks Smoliński sygnujący swoje obrazy „Felix”, w swojej twórczości podążał za mistrzami sztuki XX wieku. Tak się zwykło określać prace, w których z łatwością odnajdujemy inspiracje czerpane z albumów malarstwa. W tym jednak przypadku określenie „podążał”, choć prawdziwe, to jednak niewystarczające. 

Zapewne każdemu z nas znana jest symultaniczna gra w szachy, w której adepci królowej gier siedzą przy stolikach z rozłożonymi planszami a arcymistrz, przechodząc od jednego do drugiego, gra z wieloma naraz, ostatecznie szachując wszystkich. W przypadku Feliksa sprawa zdaje się być odwrotna. To arcymistrzowie siedzą, każdy na przynależnej sobie stronie albumów, a Felix, spacerując od jednego do drugiego, gra z wszystkimi symultanicznie. Nie po to, żeby ich zaszachować – nie da się pokonać arcymistrzów, a i nie o to chodzi w sztuce, by pokonać poprzedników. Nie próbuje też, za przykładem Newtona, który ponoć określał siebie jako karła stojącego na ramionach olbrzymów by widzieć dalej i lepiej, a na fundamencie poprzedników posadowić fundamenty nowego porządku. Felix gra dla samej przyjemności gry. Może więc lepszym porównaniem byłaby towarzyska rozmowa, tym różniąca się od akademickiej dysputy, że wolna od konieczności konkludowania poprzestaje na wzajemnym rozpoznaniu odmiennych sposobów postrzegania świata, albo, jeszcze bardziej, porównanie do tańca, w którym mistrzowie malarstwa nadają krok i rytm, a Felix z lubością daje się prowadzić, nie tracąc nic ze swojej niepowtarzalnej artystycznej odrębności? Daje jej zresztą wyraz pieczołowicie, zawsze w dolnym lewym rogu, sygnując swoje prace. 

Jako, że Felix w swojej twórczości podążał za mistrzami sztuki, takoż i ja, dla utrzymania powinowactw między opisywanym i opisującym, postanowiłem w opowiadaniu o tych obrazach podążać za frazami Marcela Prousta w przekładzie Macieja Żurowskiego. Książkę „W poszukiwaniu straconego czasu”, tę w dawnym tłumaczeniu Boya Żeleńskiego, pierwszy raz znalazłem w bibliotece domowej moich rodziców. Dzisiaj, po kilkukrotnej lekturze wiem, że przeczytałem ją o wiele lat za wcześnie, gdy mój dziecięcy umysł nie był jeszcze władny ani ogarnąć, ani nawet zrozumieć tego, co czytam. Nic z tej lektury nie pojmowałem. ślizgałem się po powierzchni treści, gromadziłem niejasne poczucia uczestniczenia w innym świecie pełnym świateł i cieni, zapachów, wyrwanych z kontekstu perypetii, pomiędzy którymi nie byłem w stanie, ale też nie chciałem, budować związków. Z tych rozsypanych kolorowych klocków nie budowałem większych całości. Śniłem na jawie patrząc na świat cudzymi oczami, a patrząc, niczego nie musiałem. Byłem wolny. 

Ktokolwiek widział obrazy Smolińskiego i rozpoznał w nich „powidoki” mistrzów malarstwa, rozpozna też podobieństwa między nami i zrozumie dlaczego pisząc o nim przybrałem tę a nie inną konwencję. A zatem na przód czytelniku. Podążaj za mną, a ja poprowadzę Cię w dziwny świat Felixa pełen lustrzanych odbić, powidoków, przywidzeń i przebłysków sztuki XX wieku z których poskładał swój niepowtarzalny obraz rzeczywistości.

PAMIĘĆ

Marcel Proust pisał:

Jeszcze raz przekonywałem się w ten sposób, że pamięć po pierwsze ma ograniczoną zdolność inwencji, że nie jest w stanie pragnąć czegoś innego, nawet czegoś lepszego niż to, cośmy już posiadali.

Jestem głęboko przekonany, że to właśnie sztuka nadaje kształty naszemu poczuciu tożsamości. To, czym jesteśmy, potrzebuje ubrania w kształty, kolory, słowa, gesty, melodie, wydarzenia, a bez nich pozostajemy bezradni i niemi. Niektórzy twierdzą, że poczucie tożsamości całkowicie utkane jest z pamięci, z tego, co było, a ja twierdzę, że owszem, ale tylko po części. Cali utkani jesteśmy ze wspomnień, lęków i marzeń, z tego, co było i tego, czego niema, ale chcielibyśmy, żeby było, albo żeby nigdy się nie wydarzyło. Z tą pamięcią różnie bywa.

Zresztą pamięć nie nastręcza nam zazwyczaj wspomnień w porządku chronologicznym, ale jako odblask, w którym układ poszczególnych części jest wywrócony.

Tak więc Felix tka swoje kompozycje ze wspomnień oglądanych reprodukcji i ze swoich lęków i marzeń w sposób swobodny i swoisty (jak to potocznie określamy – na swój sposób), nie oglądając się na zobowiązania akademickiej poprawności, czy wierności stylistycznym regułom i tą drogą opowiada nam o sobie.

Nasza pamięć i nasze serce nie są dość przestronne na to, aby mogły być wierne.

CUDZE

Jedynie dzięki sztuce możemy wychodzić poza siebie, dowiadywać się, co inny człowiek widzi ze swojego świata, innego niż nasz i który dla nas pozostałby nieznany jak pejzaże istniejące zapewne na księżycu. Sztuka sprawia, że poznajemy nie tylko jeden świat, nasz, ale widzimy jego zwielokrotnianie się i tyleż mamy do dyspozycji światów, ilu istnieje artystów oryginalnych; te światy różnią się między sobą bardziej niż planety w przestrzeni, a kiedy gaśnie ich ogień, przesyłają nam, niczym Rembrandt czy Vermeer, swoje promienie.

Żyjemy w czasach, w których byle pacykarz mieni się być kreatorem absolutnie nowych i oryginalnych światów i dokłada wszelkich starań by ewidentne powinowactwa z tym co już było w sztuce przed nim, z czego czerpie garściami i co małpuje, ukryć pod pudrem „indywidualnego stylu”. Niejeden z nich twierdzi, że to, co tworzy bierze jedynie z siebie, z przebogatych pokładów intuicji, albo i z mniemanych głębi swojego geniuszu. Cóż, nie pierwszy to przypadek w historii, gdy ignorancję myli się z autentycznością. Z drugiej jednak strony, cóż komu do tego. Nikomu to nie szkodzi, co twórca myśli o samym sobie. I tak pozostajemy sam na sam z dziełem i to ono nabiera w nas wartości. Feliks niczego nie ukrywa. W tym artystycznym tańcu z mistrzami nie stara się zasłonić swoich wielkich partnerów. Żyje i tworzy – jak powiedziałby Proust – w wieloświecie.

Bywają ludzie, którzy mówią o tych samych rzeczach co my, oznaczając je nazwą nieco odmienną.

Snuta przez Felixa artystyczna pogawędka z mistrzami ewidentnie ma tę wartość, że daje autorowi i nam oglądającym, okazję do wzbogacenia spojrzenia na świat wieloma oczami, trochę tak, jak w kubistycznym obrazie, daje możliwość ogarnięcia jednego motywu wieloma spojrzeniami. W rozmowie tej Felix raczej słucha, niż peroruje, raczej podąża za myślą interlokutora, niż wadzi się z nim, zawsze jednak na końcu ma swoje do powiedzenia.

Toż kiedy nagle znajdowałem  takie zdania w dziele cudzym, to znaczy, będąc wolnym od skrupułów, od samokrytyki, nie potrzebując się dręczyć, wówczas poddawałem się z radością upodobaniu do nich, niby kucharz, który, zwolniony raz chwilowo od gotowania, znajduje wreszcie czas, aby być smakoszem.

Przyznaję, że i mnie sprawiło przyjemność odnajdywanie cudzych gestów kompozycyjnych i motywicznych w dziełach Felixa i wolny od akademickich powinności smakowałem je z ukontentowaniem.

Ale innym prawem języka jest, że od czasu do czasu, tak jak się zjawiają i znikają pewne choroby, o których nie słyszy się już później, tak samo rodzą się, nie wiadomo jak – samoistnie czy przez przypadek podobny temu, który przenosi do Francji chwast z Ameryki przez nasienie uczepione pledu jakiegoś podróżnego i zawiane na skarpę kolejową – całe światy wyrażeń, powtarzanych w tej samej dekadzie przez ludzi, którzy się nie umówili w tym celu […]

Tak to już jest, że w sztuce trendy, ścieżki artystycznej artykulacji, sposoby wyrażania świata i nas zanurzonych w nim; co więcej, sposoby myślenia, pojawiają się i znikają, by niekiedy, najczęściej z przypadkowych przyczyn, powrócić do nas w nowej hipostazie. 

Modernistyczny wymóg progresywności zrzucał w otchłań zapomnienia lub oskarżania o wstecznictwo wiele artystycznych postaw, a twórców rzucał w objęcia znerwicowanego i kompulsywnego gonienia za nowościami. Jedyną ucieczką z tej matni było i jest przedarcie się do albumowego panteonu mistrzów. To z nimi biesiaduje Felix. Podobny jest malarzom cechowym, którzy prawidła wysokiej teologii i ich mistrzowskie artystyczne wizualizacje przekładali na fascynujące nas dzisiaj kształty małomiasteczkowych wierzeń.

Może, przeciwnie, sztuka podobna jest w tym do wiedzy; każdy nowy twórczy pisarz wydawał mi się postępem w stosunku do jego poprzednika;

Swoją drogą z tym postępem w sztuce sprawa jest podejrzana. Chyba, że Proust ma rację i każda autentyczna postawa twórcza stanowi postęp.

WYOBRAŹNIA

Wyobraźnia nasza jest niby popsuta katarynka, która gra zawsze coś innego niż zapowiedzianą melodię;

Feliks maluje z wyobraźni, a tę ma wybujałą, wolną od utartych ścieżek, niekiedy swawolną, szczególnie, gdy ubiera ją w całe małomiasteczkowe sytuacje i pozory konkretnych wydarzeń. Czas tych wydarzeń jest mitologiczny, co powoduje że mogły się zdarzyć równie dobrze przedwczoraj, jak i wiele wieków temu. Zdaje się, że Felix swoimi kompozycjami nie tyle ilustruje wcześniej uknute w głowie perypetie bohaterów – wtedy przecież musiałyby podążać za prawami logiki – co podąża za swawolącą wyobraźnią i realizuje jej zachcianki, z radością daje się prowadzić jej pląsom.

Oglądając prace Felixa, i to niezależnie od motywu, zawsze mam wrażenie, że świat widzialny go nie interesuje. Co najwyżej, jako kanwa, na której snuje swoją malarską opowieść o samym sobie. 

Ale już uczyniliśmy wielki krok, kiedy się odwrócimy plecami do rzeczywistości i kiedy dosięgniemy pierwszych czeluści, gdzie „autosugestie” na kształt czarownic przyrządzają piekielną potrawkę urojonych chorób pogorszenia się nerwic…

To, co widzialne traktuje sztampowo, nawet gdy sam staje własnym modelem, nie jest to portret obrazujący realną aparycję, ale tę wyobrażoną, chcianą i lubianą. Tym co obrazuje autor w kompozycjach malarskich jest jego mentalne wnętrze. Pełne napięć, marzeń i lęków.

I skoro raz powieściopisarz wprawił nas w ten stan, w którym jak we wszystkich wewnętrznych stanach, wszelkie wzruszenie jest zdziesięciokrotnione, w którym jego książka wzrusza nas na kształt snu, ale snu jaśniejszego niż te, które przeżywamy, śpiąc, i trwalszego we wspomnieniu, wówczas rozpętuje w jednej godzinie wszystkie możliwe szczęścia i nieszczęścia.

Tak, to prawda, twórczość Felixa uwodzi intensywnością przeżywania, pewną nieporadnością kompozycyjną, mozolnością opanowywania formy, ale przede wszystkim spójnością na przestrzeni lat. Nie mówią tu o programowych formalizmach wykonawczych ale o zborności myśli i odczuwania świata, dzięki czemu, zestaw prac chronologicznie pomieszanych, zawsze stanowi jednorodną całość,  jak wśród powieściopisarzy, o których wspominał na stronach „W poszukiwaniu straconego czasu” Proust.

ŚWIEŻO MALOWANY ŚWIAT

Stworzenie świata nie odbyło się na początku, odbywa się co dzień.

Felix tworzył swój świat permanentnie. Mam wrażenie, że pracowal niemal codziennie, że była to dla niego rutyna, prawie jak oddychanie. Widać to po oczywistości malarskich gestów, których wykonanie zdaje się nie być poprzedzane żadną kalkulacją. Ta permanentność, ten stan kreacyjnego przymusu, jaki spotykamy u wielu twórców, jest koniecznością…

[…] bo artysta, z jakichkolwiek powodów moralnych poświęcający godzinę pracy dla godzinnej rozmowy z przyjacielem, jest świadom, iż oddaje pewną realność za coś, co nie istnieje.

Oto jest nowy i nietrwały świat, świeżo stworzony.

Ta codzienna aktywność malarza zdaje się podtrzymywać wyimaginowany świat przy życiu, a teraz, gdy „Veni Creatora Felixa” już niema wśród żywych, gdy – jak wspominał Proust – zgasł jego twórczy ogień, lecz nadal przesyła nam swoje promienie, na nas spoczywa ta rola. Wielokrotnie już mówiłem i pisałem, że ontologia dzieła sztuki tym różni się od naszej, iż obrazy oddychają naszymi spojrzeniami, a bez nich marnieją, by w końcu zapaść się w otchłań zapomnienia.

Z tego, że świat snu nie jest światem jawy, nie wynika, aby świat jawy mniej był prawdziwy; przeciwnie.

Tak, jak u Prousta, mimo imaginacyjnego rodowodu tego malowanego świata, nie jest on mniej realny, gdyż rządzi się swoimi, wprawdzie odmiennymi pryncypiami, nisz ten rzeczywisty, ale z żelazną konsekwencją, jakby gdzieś tam miał swojego Ptolemeusza, Kopernika i Einsteina.

Ta wieczna omyłka, którą jest życie, nakłada swe tysięczne formy nie tylko na świat widzialny i słyszalny, ale również na inne światy, społeczny, uczuciowy, historyczny itd.

W nim zaś toczą się zwykłe, codzienne sprawy, trochę jakby małomiasteczkowej proweniencji, te dobrze nam znane z codzienności przeplatają się z biblijnymi i mitologicznymi, a my dysponując ich fragmentami w tysięcznych ułamkowych formach, chcąc nie chcąc, imaginujemy ich nieistniejące, ale możliwe kontynuacje.

Dziecinna twarz, nawet już naznaczona pierwszą linią zmarszczek i łukiem siwych włosów, nadal wyrażała pogodę osiemnastego roku życia. Nie byli to starcy, lecz osiemnastolatkowie do szpiku kości przekwitli.

W tym natłoku wymalowanych kształtów pojawia się on – Felix – niezmiennie młody, uśmiechnięty, nietknięty upływem czasu, bezczelnie prezentujący swoje zadowolone fizis, filuternie zerkający sponad ciemnych okularów – cytując Prousta, powiem – do szpiku kości przekwitły osiemnastolatek.

Pozostawmy ładne kobiety ludziom bez wyobraźni. 

Takoż i kobiety w tych obrazach nie pozbawione seksapilu, ale dalekie są od idyllicznych kanonów, z twarzami naznaczonymi trudami życia, albo i pozbawione twarzy, najczęściej zaś odwrócone od widza i ukryte pod kapturem tak, że musimy sobie je dopowiadać własną imaginacją. Mimo uproszczonej formy malarskiej są u Felixa boleśnie rzeczywiste.

Ale kiedy się wierzy w realność rzeczy, posługiwać się sztucznym środkiem, aby ich dosięgnąć, nie jest tym samym co czuć je blisko siebie.

FINIS

I pędzle, pijane gniewem i zazdrością, malują, malują. A gdyby było inaczej?

Jako się rzekło, Felix malował nieustannie i ta permanencja wraz z prostotą myśli spowodowały, że te obrazy są, jakie są i nie mogły być inne. Gdyby były kompozycjami werbalnymi, rzekłbym, że opowiadane są mową potoczną, wolną od sublimowania i wykonawczej ekwilibrystyki. Zresztą nie jest to przypadek odosobniony, że dzieła sztuki brutalnej noszą znamiona kategoryczności w tym sensie, że ich charakter nie jest efektem swobodnego wyboru z katalogu dostępnych stylistyk, ale tą, jedyną, prawdziwą. Proustowi odpowiadam: Nie mogło być inaczej.

Tak samo ludźmi zdolnymi wydać genialne dzieła nie są ci, co żyjąc w najsubtelniejszym środowisku, najświetniejsi w rozmowie, najbogatsi w kulturę, ale ci, co, przestając nagle żyć dla samych siebie, zdołali uczynić swoją osobowość podobną zwierciadłu, tak że ich życie, przy całej swojej towarzyskiej, a choćby intelektualnej miernocie, odbija się w nim. Geniusz polega tu na sile odbijającej, nie na swoistej wartości odbitego przedmiotu. 

Czy Felix był wielkim malarzem? Takie pytanie zdaje się być tu bezzasadne. Zresztą moim zamiarem nie było wystawienie mu szkolnej cenzurki. Samoucy, samorodki, outsiderzy, brutaliści, domorośli mistrzowie nie mieszczą się w żadnych kategoriach i nie ma sensu przykładać do nich miarki. Tyle ich wartości dla nas, ile wzruszeń, zaskoczeń, zachłyśnięć odmiennością postrzegania świata, rumieńców wstydu i fascynacji dopada nas w ich obliczu i infekuje nasze serca i umysły. 

Przyznaję, że jestem jednych z zarażonych twórczością Felixa.

Niech żyje życie

dr Monika Małkowska, krytyczka sztuki, wieloletnia redaktorka Rzeczpospolitej, TVP 1, TVP 2 i Polskiego Radia 24

1.

To nie był miły grzeczny chłopiec.

Od małego musiał sam o siebie walczyć, a to zawsze dla młodych jest niebezpieczne: w orbicie pojawiają się ludzie, którzy wykorzystują samotnych i niedoświadczonych. Albo tych nadmiernie ambitnych.

A żeby żyć, nawet ci najsłabsi też muszą wykrzesać z siebie siłę. Bo jak tych witalnych bodźców zabraknie, to wyjściem okazują się rozmaite formy psychicznej ucieczki, niekiedy prowadzące do samounicestwienia. Albo egzystencja pod dyktando innych. On miał za silną osobowość, z żadnego z powyższych rozwiązań nie zamierzał skorzystać.

Urodził się pod Łodzią niedługo po zakończeniu wojny. Rok 1947, czasy sowieckiej dominacji w PRL. Czasy burzliwe, ale dla niektórych obiecujące, choćby dla ludzi z dawnego marginesu czy biedoty, kiedyś pozbawionych szans kształcenia. Teraz szkoła podstawowa jest przymusowa – w Polsce Ludowej nie ma miejsca dla analfabetów. Za pochodzenie chłopskie czy robotnicze na egzaminach na studia wyższe dodawane są punkty. Ale nawet tym niewyuczonym władza ludowa podaje pomocną dłoń: można zdobyć uprawnienia artysty dzięki rekomendacji uzyskanej w Ministerstwie Kultury i Sztuki. Najlepiej było funkcjonować jako twórca „naiwny” lub „ludowy”. Kultywowanie folkloru także należało do priorytetów socjalistycznej ojczyzny.

Nic z tego nie pasowało do Smolińskiego. Miał wewnętrzne parcie na sztukę, lecz z „filozofującym” skrzywieniem. Od młodości czuł potrzebę nadawania malarskiego kształtu swym myślom, osądom, interpretacji otaczającego świata i bliźnich. Rodzaj deformacji, ku której miał skłonność, zupełnie nie szła w parze z narodowym zielonym światłem dla sztuki „samorodnej”, optymistycznej i dekoracyjnej. Felix od początku był drapieżny, brutalny, krytyczny wobec innych i samego siebie. Co uderza – w pracach tego artysty, pełnych mniej lub bardziej czytelnej symboliki, ukrywa się mnóstwo bólu, czasem kamuflowanego gorzkim humorem. Toteż trudno nazwać to karykaturą czy satyrą. Za to pasuje tu określenie – groteska.

2.

Kim był Feliks Smoliński w swych wczesnych latach, tak do końca nie wiadomo. Na autoportretach z młodzieńczych lat przedstawiał się jako wąsaty cwaniaczek w ciemnych okularach, koniecznie w kapelusiku i pod krawatem. To wyobrażenie tego, który dba o „naszą sprawę”. Ta polska, łódzka „cosa nostra” też miała swój kodeks. Niestety, niestosowanie się do tegoż kosztowało drogo.

A Feliks nie umiał być wiernopoddańczy wobec żadnego systemu.

Sztuka czaiła się koło niego, lecz nie było mu dane stać się profesjonalnym twórcą. Najpierw malarstwo było wypierane przez życiowe wybory i towarzystwo. Dopiero po wypadku (1996) okazało się wyborem jedynym i w dodatku ocalającym. Sztuka stała się dla niego sensem istnienia.

Oczywiście, Feliks, który przybrał nickname Felix (Szczęśliwy), nie miał pojęcia o układach na współczesnej plastycznej niwie. Jego „szczęście” miało charakter osobisty i niekomercyjny. Rajcowało go malowanie obrazów i nie zamierzał swojego „szczęściem” handlować.

3.

Pisać o kimś, kogo się nie znało, to wyławianie sygnałów z tego, co ten ktoś po sobie pozostawił. A jednak! Smoliński wydaje mi się znajomy. Im bardziej oglądam prace Feliksa-Felixa, tym bardziej widzę, jak szalenie odstawał od świata, w którym przyszło mu żyć.

Pytanie: gdyby dane mu było studiować sztuki piękne, zyskałby na tym, czy wręcz przeciwnie? Odpowiedź zależy od czasów, od lat, w których dane mu było żyć. W PRL-u w cenie bardziej był dyplom, niż osobowość i talent. Po naszej polityczno-gospodarczej transformacji przestała się liczyć akademicka poprawność czy powszechnie akceptowana estetyka. Zaczęto szukać oryginałów, wypowiadających się emocjonalnie, dobitnie i poruszających tematy dawniej uważane za tabu. Samouk? Prosimy bardzo! Poszukiwany był autentyzm, twórczość nie skażona wymogami artystycznych szkół. Rynek wchłaniał wszelkie odchyły od szablonów, odmienności, dziwności.

Jednak w miejsce starych sieci zarzucono nowe. Powstały kolejne układy, tym razem splecione z komercją.

Tymczasem Feliks Smoliński nie rymował się z niczym. Ani to był dawny „nieprofesjonalny”, lecz z ministerialnym przyzwoleniem na plastyczną działalność, ani też naturszczyk tak chętnie wyławiany przez awangardowych kuratorów. O, gdyby jeszcze Felix był transwestytą czy człowiekiem o zaburzonej osobowości – jeszcze mógłby spodziewać się zainteresowania. Ale taki normals, który mówi „nie” otaczającemu go badziewiu moralnemu i bytowemu?

Co z takim zrobić? Lansować wbrew modnym tendencjom? I oto znaleźli się ryzykanci, którzy wyczuli szczerość i emocjonalny potencjał sztuki Felixa.  

4.

Upłynęły ponad trzy dekady od momentu, kiedy PRL przeobraził się w RP. Rynek sztuki kwitnie, nawet w kryzysowej sytuacji, może nawet ma się lepiej, niż kiedykolwiek wcześniej. Za dzieła tzw. klasyków nowoczesności płaci się grube tysiące, nawet miliony. Ale też trwa polowanie na osobliwości. To może być ktoś młody zdolny, niezepsuty komercją; można postawić na „znaleziska” – niby starych, lecz nie wylansowanych, bo podążających własnymi ścieżkami; wreszcie, wyszukuje się skarby wśród tych, którzy dotychczas byli zmarginalizowani.

Feliks Smoliński – Felix – do takich się zalicza.

Nie miał swojego marszanda, nie dysponował zapleczem ustawionych znajomych, wciąż brakowało mu kasy na porządny warsztat i opłacenie katalogu.

Aż zdarzył się wypadek. Potrącony przez samochód, Feliks ledwie przeżył. Pijany kierowca sprawił, że Smoliński doznał pęknięcia czaszki i poważnego udaru mózgu. Operacja uratowała go od śmierci. Po niej leczono go w Szpitalu dla Psychicznie i Nerwowo Chorych w Łodzi.

Udało się wrócić go do aktywności – na mniej więcej dwie dekady. I była to aktywność artystyczna.

Smoliński jako Felix zaczął opowiadać o sobie, znajomych i kobietach (znanych sobie bądź z relacji innych) w sposób dość zawoalowany, lecz nietrudny do odczytania. Zaczął tworzyć coś na kształt moralitetów. A za mistrzów przyjął – w sposób mniej lub bardziej uwidoczniony – Gauguina, Muncha, Picassa, Dalego, Légera, Chagalla, Magritte’a.

Widać, że oglądał albumy i pewne reprodukcje (bo przecież oryginałów nie widział) wywarły na nim wielkie wrażenie.

W niektórych przypadkach można się uśmiechnąć, oglądając słynne arcydzieła w Feliksowym wydaniu.

Ale przecież… na kopiowaniu wielkich uczyły się dziesiątki pokoleń malarzy. Tyle że Smoliński nie usiłował wiernie naśladować kompozycji czy techniki swoich ulubieńców. On je reinterpretował na swoją modłę. Niekiedy nie do końca wiadomo – czy te „wariacje na temat” dzieł słynnych poprzedników Felixa wynikają z podziwu dla nich, czy też autor miał ochotę ich trochę „poprawić”? Czy świadomie stworzył coś w rodzaju pastiszów znanych obrazów, czy może nie umiał inaczej?

5.

Nietrudno zauważyć – Felix od początku nie dążył do realistycznego odtwarzania rzeczywistości. Deformował postaci i twarze intuicyjnie, nie wedle jakiejś zasady, jak Picasso czy Szczuka (do których się odwołuje). Felix stworzył coś na kształt własnej wizji gęby. Ludzkiej gęby. Czy polskiej? Raczej wszechobecnej, ogólnoludzkiej. Nie nazbyt przychylny to obraz. Oczka – guziczki, często za okrągłymi okularkami. Nos kartoflany, urągający nosowi greckiemu. Ale najważniejsze są usta – większe, o wiele za duże w proporcji do reszty twarzy. Wargi gigantyczne jak po nieudanym zabiegu chirurgii estetycznej. W tych zatrważająco wielkich, rozchylonych ustach uwidocznione są zęby – znów nadnaturalnych rozmiarów. Do tego wydają się równiejsze, bielsze niż u tych urodzonych w czasach PRL-u. Jakby wszystkich obsłużył ten sam dentysta-protetyk, do tego za darmo.

Dlaczego oglądamy to fascynująco „amerykańskie” uzębienie? Bo postaci u Felixa rozchylają wargi w dziwnym grymasie, który wcale nie jest uśmiechem. Raczej krzykiem, skrzywieniem niechęci, zadziwieniem.

„Sznur pereł”, jak kiedyś nazywano uzębienie nietknięte widoczną próchnicą, u Felixa jakoś nie wydaje się oznaką zdrowia. To coś sztucznego, rodzaj maskarady – a zarazem manifestacja okrucieństwa. Przecież ci ludzie są w stanie pożreć innych, skonsumować cały świat. Taki mają gębochłon i system rozdrabniania przyswojonych materii na miękką papkę. Organy, które przystosowują ich do posilania się innymi. Poza tym wydają się swojskimi kolesiami, ale ich prawdziwą naturę ujawniają te zębiska, te łakomie rozchylone wargi.

Tak Felix postrzegał wielu znajomych. Jako kanibali mentalnych.

Jednak w opozycji do galerii paskudnych ludzkich typów, z którymi artysta miał aż za często do czynienia, wykreował postaci wyimaginowane. Czasem te istoty są w ogóle pozbawione rysów twarzy – istnieje tylko zarys oblicza, puste miejsce do wypełnienia. Innym razem twarze są pokawałkowane, połamane, na wzór Picassowskich wizerunków. Bywają też twarzo-maski, należące do ludków poprzebieranych jak na karnawał lub występy w cyrku. Pojawiają się grupkami, dzierżąc w dłoniach coś, co udaje instrumenty muzyczne. W nich także nie widać uciechy. Jak u muzykujących dzieci na obrazach Tadeusza Makowskiego.

Wypada jeszcze wspomnieć kobiety: one odgrywają u Felixa dominującą rolę. Często pokazane w aktach bądź fragmentarycznie nagie, również nie wyglądają na bliskie znajome artysty. To modelki pożyczone od innych mistrzów, a nie współczesne panny. Owszem, autor je podziwia, wręcz adoruje. Jednak pozostają obce, dalekie, bezimienne. Bo wyjęte zostały z różnych obrazów, nie z życia.

6.

Skąd w malarstwie tego artysty-samouka wziął się nadmiar żółtego koloru? I to we wszelkich możliwych tonacjach – od jadowitej cytrynowej barwy do złocistego ciepła pomarańczy.

Czy Felix był świadom symboliki tego koloru? Że to zdrada, zazdrość, choroba? Że to też ostrzenie przed czymś zagrażającym zdrowiu, życiu? Chyba był świadomy skojarzenia, jakie mamy po II wojnie światowej: żółtą łatą znakowano Żydów.

Wreszcie znaczenie, które Felix musiał znać: konotacje z chorobami psychicznymi. Wszak „żółte papiery” oznaczały kogoś z zaburzeniami psychicznymi.

Ale przecież żółty to również kolor słońca, szczęścia, radości. Głębsze jego odcienie, te cieplejsze, bliższe oranżowi lub ugrom, mogą stanowić odpowiedniki złota – co najlepiej widać w sztuce Rembrandta.

U Smolińskiego żółty odgrywa najważniejszą rolę. W jego dorobku niewiele można znaleźć obrazów bez tej barwy. Wypełnia elementy w tle, dominuje w pejzażach, pokrywa sylwetki i oblicza osób pokazanych pierwszoplanowo, jak i tych oddalonych.

Trochę to przerażające: jakby wszyscy chorowali na żółtaczkę.

Jest też w tej żółci – żółć. Frustracja. Jakaś zapiekła niechęć do wielu bliźnich. Żółta masa, wypełniająca ciała dramatis personae. Ten żółty kolor Felix serwuje w nadmiarze. Żółty irytujący, urągający estetycznym tradycjom, wadzący oczom, i jakby naznaczający postaci jakąś chorobą. Jaką? Zapewne nieuleczalną. Żółtaczką istnienia.

7.

U Felixa czas nie istnieje. Oczywiście – szczęśliwi czasu nie liczą. To, co ma ukazywać rzeczywistość, jest wyimaginowanym pejzażem miejskim. Artysta nawet nie udawał, że przywołuje konkretne miejsca. Po prostu – marzył o nich. Ustawiał dekoracje, jak na potrzeby dawnych westernów: tylko płaskie fasady domów, za nimi pusto.

O ile Felix, gdy portretował ludzi, nie ukrywał swego rozczarowania, to „portretując” miasteczka stawał się pogodny. Fantazjował trochę jak dziecko. Kolorowe domki z klocków, śliczne pałacyki, urocze wieżyczki. Wszystko nierealne, zawieszone w bezczasie. Bo tak naprawdę świat, który nas otacza, jest umowny. Ważne są jedynie uczucia.

W większości obrazów Felixa – na przekór jego imieniu i pseudonimowi – daremnie szukać radości. Malarstwo miało pomóc autorowi w zrozumieniu: kim jestem? skąd pochodzę? co nadaje sens mojej egzystencji?

O to pytał Feliks Smoliński. Coś zrozumiał, do czegoś dotarł, skoro nazwał się Felixem. Z pewnością malarstwo stało się jego drogą do samopoznania. Ale czy poczuł szczęście?

Miał za trudne życie, żeby się nim cieszyć. Jednak znalazł coś, co mało komu jest dane – zakosztował cudu kreacji.

Feliks Smoliński – malarstwo

Michał Bogucki – performer, malarz, projektant wnętrz kościelnych i witraży, konserwator – specjalista od malarstwa, w tym ikon, organizator wystaw artystów polskich w kraju i za granicą.

Na początku należałoby zdefiniować rodzaj malarstwa, które uprawiał Feliks Smoliński. W niektórych tekstach krytycznych i opisowych pojawiają się różne określenia: malarz samorodny, reprezentant nurtu sztuki naiwnej, malarz nieprofesjonalny.

Żeby odpowiedzieć na to pytanie i prawidłowo zakwalifikować jego twórczość należałoby wspomnieć wybitną wystawę z roku 1967 „Sztuka Inna” zrealizowaną w krakowskim Pałacu Sztuki prze Marię i Janusza Boguckich. Wystawa miała za zadanie przedstawić różne nurty sztuki nieprofesjonalnej i uporządkować odpowiadające im nazewnictwo.

Zaczynała się ona pracami plastycznymi postaci ogólnie znanych, którzy w życiu zajmowali ważne stanowiska, a w wolnym czasie „uprawiali” sztukę. Wszyscy oni nie byli wykształconymi artystami, nie terminowali u mistrzów, byli artystami nieprofesjonalnymi, ale ich dzieła miały charakter wybitny,

Oto trzej najciekawsi: Władysław IV Waza „z zawodu król” z zamiłowania złotnik, tworzył bogatą biżuterię i naczynia liturgiczne – na wystawie eksponowany był jego piękny kielich mszalny.  Tadeusz Kościuszko „z zawodu generał” autor doskonałych rysunków, planów architektonicznych i pejzaży. Na wystawie pokazana została seria rysunków piórkiem wykonanych podczas licznych podróży. Juliusz Słowacki „z zawodu poeta” również utalentowany rysownik, na wystawie znalazły się ilustracje do jego wierszy w tym piękny portret Zosi (Niechaj mnie Zośka o wiersze nie prosi…)

Zaprezentowano bogatą kolekcję barokowej sztuki „drugiego nurtu” będącej wytworem lokalnych warsztatów i ówczesnej sztuki ludowej mającej wyraźny związek z wspomnianymi warsztatami, następnie współczesnej nam sztuki naiwnej oraz w końcu całej przestrzeni kiczu.

Feliks Smoliński na pewno nie reprezentuje sztuki naiwnej, zwanej też ludową, ta powstawała w tradycyjnych środowiskach wiejskich i małomiasteczkowych. Polska zresztą jest na tle Europy wyjątkowym krajem, w którym sztuka ludowa zachowała się w czystej postaci, w większości krajów Europy zachodniej uległa przemianie  na zdegradowany mieszczański kicz. 

Smolińskiego określić należy jako artystę nieprofesjonalnego, samorodnego. Ci, którzy znają jego drogę życiową, wiedzą, że malował od zawsze, ale prawdziwy wybuch jego twórczości nastąpił po tragicznym wypadku i długim pobycie w szpitalu psychiatrycznym, Poddawany był tam arteterapii i po wyjściu malowanie stało się jego głównym zajęciem.

Malarstwo Feliksa Smolińskiego odsłania, pokazuje jego wewnętrzne problemy, walkę z demonami przeszłości. Wiele mówią o tym tytuły jego prac. Odsyłam tutaj do ciekawego tekstu Magdaleny Ujmy, która cytuje tą literacką warstwę twórczości artysty. Znamienny jest też pseudonim FELIX, czyli szczęśliwy. Życie Smolińskiego nie należało – w potocznym rozumieniu tego słowa do „szczęśliwych”, ale właśnie w malarstwie mógł on znaleźć rozładowanie ciążących na nim problemów.  Postaci zapełniające jego obrazy, często przedstawiane karykaturalnie objawiają emocje, napięcia, przeżycia oraz obsesje samego artysty.

Tematyka prac sygnowanych pseudonimem FELIX jest bardzo różnorodna, ale bez trudu można wyróżnić w nich kilka nurtów – nawiązujących do dzieł Picassa, Legera, Kantora, Dalego, Magritte´a. Można odnieść wrażenie, że Felix świadomie cytuje wspomnianych mistrzów, wykształcając jednocześnie swój własny styl, własną narrację i własnych bohaterów. W warstwie plastycznej stosuje gamę zdecydowanych, mocnych kolorów. Ostrą, często konturową kreskę i karykaturalny rysunek. Wszystko to razem stwarza wizję daleką od sielanki. Postaci, zapełniające jego obrazy wychodzą z głowy, z wnętrza świadomości malarza.  

Częstym motywem w malarstwie Smolińskiego są pejzaże; widoki miast, zamków, uliczek, jakby nie z naszego czasu z innej epoki. Kolorowe, o łagodnych zestawieniach barw wyrażają tęsknotę za światem spokojnym i bezpiecznym. Gdy pojawiają się tam ludzie gama zaostrza się, czym są bliżej tym bardziej rośnie napięcie. Rysunek staje się ostrzejszy, bardziej karykaturalny. Postaci, a szczególnie kobiety z obrazów Felixa są bardzo samotne, nie patrzą na siebie, są pełne napięcia. W końcu pojawiają się abstrakcyjne posegmentowania, karykaturalne skróty. Wszystko to pokazuje trudne losy artysty, jego tęsknoty i obsesje.

Można mieć wrażenie, że dostrzegamy utratę tego, co wcześniej było nam dane, co było normalnością, Felix – malując bez wytchnienia, zapełnia swoje obrazy tłumem postaci ludzkich: kobiet, przeważnie młodych, o bogatych kształtach i mężczyzn pełnych napięcia i emocji. Wśród nich rozpoznać można postać będącą jego autoportretem, trochę uczestnika, a trochę obserwatora ukazywanych relacji. Pomiędzy bohaterami obrazów Felixa istnieje dziwne napięcie, ale brak jest porozumienia, Nie patrzą na siebie, jakby nie chcieli się znać, albo znają się nazbyt dobrze. Trochę jak mieszkańcy jego małych miasteczek, którzy znają wszystkich, ale woleliby się nie znać.

Postaci Felixa – jakby nie z naszych czasów – są ubrane w kostiumy jak aktorzy z wędrownych teatrów lub przebierańcy sylwestrowych maskarad. Pod tymi dziwnymi strojami i makijażami ukrywają swoją prawdziwą postać, swoje indywidualne losy i tragedie. Można odnieść wrażenie, ze pozują do obrazów, zawieszając na chwilę swoje codzienne zajęcia i losy.

Trzeba tu wspomnieć o erotyce w jego pracach. Jest ona widoczna, ale ułomna, pozbawiona uczuć. Kobiety – kusicielki, traktowane bezosobowo, zamieniają się w gadżety, fragmenty widoczne szczególnie na abstrakcyjnych kompozycjach.      

Należy tu zwrócić uwagę na rolę abstrakcji w pracach Feliksa. Abstrakcja geometryczna – jak u Mondriana czy Nowosielskiego – jest w jej czystej formie sposobem na porządkowanie świata. Na ukazanie wewnętrznej konstrukcji rzeczywistości. Wewnętrznej spójności i ładu Stworzenia. U Felixa abstrakcja kawałkuje przedmioty i postaci, wprowadza niepokój i „tymczasowość”. Liczne cytaty z Legera, Picassa i Dalego są z jednej strony wyrazem tęsknoty za sukcesem, z drugiej ukazują związki z tymi, którzy zburzyli zastany, bezpieczny obraz świata.

Patrząc na malarstwo Smolińskiego, można stwierdzić, że jest ono przejmującym obrazem naszego świata, jest ciekawe i bogate. Olbrzymie wrażenie robi jednak wtedy, gdy jest zgromadzone w jednej przestrzeni, gdy możemy widzieć naraz wiele jego obrazów. Tak powstaje wizja rzeczywistości, pełna napięcia i wewnętrznej siły. Bogactwo kolorów, gęstość architektury, mnogość postaci, dopiero wtedy objawia siłę jego malarstwa.

Artyści, którzy „nie odebrali” szkolnej edukacji są często traktowani przez widzów i krytykę jak nieszkodliwi wariaci lub cudowne dzieci. Ich twórczość jest przedmiotem „naukowych” dywagacji i analiz. Kontakt z ich twórczością może przynieść wiele estetycznych wrażeń, ale jednocześnie spowodować głęboki wstrząs. Rzadko bowiem mamy możliwość tak bezpośrednio spotkać się z „bólem istnienia” z wyrazem doświadczenia egzystencjonalnego, tylko z trudem ukrywanego pod pozornie bezproblemowym malarstwem. 

Twórczość Felixa wymaga od widza zaangażowania, zrozumienia pokrętnych losów człowieka, który w całości, po traumatycznych przeżyciach poświęcił się sztuce. W okresie zaledwie dwudziestu lat namalował obrazy, które dziś odkrywamy jakby na nowo, widzimy w nich siłę i mnogość ludzkich doświadczeń. Obrazy Feliksa Smolińskiego mogą godnie zając miejsce w naszych mieszkaniach i kolekcjach.